sobota, 20 października 2012

Parę kroków od ścisłego centrum rozpoczynają się typowe blokowiska. Ta część miasta jest brzydka. Stoją bloki, starsze i nowsze, szare, bure, odrapane, bez wyrazu. Znamy to skądinąd.

I jak widać, bardzo różne w charakterze, choć trzeba przyznać, że wszędzie wokół sporo jest drzew.















 Zdarzają się też bloki żywsze,
trochę staranniej wykończone, jak na przykład ten.
















 No i luksusowy blok, trochę przypominający te wokół Zakrzówka, z bramą wjazdową, otwierającą się tylko na elektroniczny sygnał właściciela mieszkania.





















Jednakże w samym centrum miasta spotykamy także i takie budynki.  Na ulicy widać kałuże, bo standardem są tutaj chodniki asfaltowe, pozostałość po komunie. Pokonywanie odległości podczas deszczu to slalom i skoki. Dziś cały dzień padał deszcz, przetestowałam to na własnych nogach.
      







          

                            
A to zabytkowa wieża przeciwpożarowa z czasów carskich. Gromadzono tu wodę, by ratować miasto od pożarów, które w XIX wieku były ponoć prawdziwą udręką dla  miasta.











Kazachska szkoła. Luksusowo wyposażona. Czysta, schludna, ze wspaniałymi szatniami i nowoczesnymi pracowniami. Byłam! Widziałam!














Nowoczesny budynek jakiegoś ważnego urzędu tuż obok meczetu, który pokazywałam wcześniej.










 
Jeszcze wciąż jesteśmy w centrum miasta.
 Seria budyneczków drewnianych














Powyżej widać próbę ocieplenia budynku. Warstwę drewnianych belek przykryto papą.
Budynku pokazanego niżej nie potrafiłam porządnie sfotografować. Albo uciekała mi oryginalna góra, albo dół. W każdym razie opisany jest jako zabytek pod ścisłą ochroną państwa. Widać tabliczkę. Tuż obok przepiękny budyneczek, niestety mocno zniszczony, z oryginalną zewnętrzną elewacją i wymyślnymi zwieńczeniami okien.Który widać pod spodem.
Kazachski teatr, już nie w ścisłym centrum. Nie mogę o nim wiele powiedzieć, bo rozpoczyna sezon
w listopadzie.


Chciałam zaznaczyć, że to nie ja pomieszałam. Chodząc ulicami centrum miasta można spotkać tak bardzo różniące się od siebie elementy zabudowy.
 Mam jeszcze coś specjalnego. Bardzo ładną historyjkę związaną z budynkiem, ale to już w następnym poście. 
I budynek i historyjka.








środa, 17 października 2012

Nie będę pisać dużo, chcę Wam pokazać trochę miasta.

Gdy znalazłam się w Pietropawłowsku, była ciemna noc. Rano okazało się, że jestem w samym centrum. Pomieszkiwałam kilka dni
u sióstr zakonnych i tym samym najpierw poznałam reprezentacyjną ulicę Konstytucji Kazachstanu prowadzącą wprost do klasztoru sióstr Redemptorystek i do niedużego parku leżącego w pobliżu. To właśnie klasztor i w zasadzie także część parku. Na terenie parku mieścił się kiedyś stary tatarski cmentarz.
W parku sporo pomników znanych ludzi. W reprezentacyjnym, centralnym miejscu, otoczeni dekoracyjną perystazą rezydują w pełnej zgodzie Aleksander Puszkin i kazachski piewca Abłaj.
























Choć w pobliżu, to na tyłach, ukryty wśród drzew i różnych parkowych zakamarków, niełatwy do znalezienia stoi Lenin ze sztucznym wieńcem u stóp.

W wyniku przemian społecznych został wyeksmitowany z reprezentacyjnego miejsca na głównej ulicy. Kiedyś był także jej patronem.













Wyłożona dywanami z kwiatów ulica Konstytucji Kazachstanu w tym miejscu wygląda trochę jak deptak w Ciechocinku: dobrej jakości schludna płytka chodnikowa, przestrzeń, drzewka, pomniczki, ławeczki. Wrażenie ładu i porządku. Kiedyś była ulicą Lenina. Mieszkańcy często nazywają ją po staremu. Tuż obok pracuję. Zdjęcie już pokazywałam.
Na pierwszym planie paw z metalu, a w tle rozpoznawalna biała policyjna budka. Policja jest w ogóle bardzo widoczna na ulicach, ale nie wydaje się uciążliwa. Doglądają porządku, bardzo często kierują ruchem.

Przy ulicy Konstytucji Kazachstanu znajduje się  budynek władz województwa, czyli Akimat (słowo z języka kazachskiego). Zdjęcie zrobione nocą, słabe niestety, ale widać wieczorne oświetlanie. Wódz rewolucji (chyba podobny do nowohuckiego) stał gdzieś tu, mniej więcej, gdzie teraz stoi flaga państwowa. Sam zaś budynek w stosownym czasie był siedzibą obwodową partii radzieckiej. A jeszcze wcześniej, w czasach carskich znajdował się również tutaj tatarski cmentarz. Gdy budowla powstawała w latach pięćdziesiątych podobno ludzkie szczątki leżały wśród piachu i koparek bez zachowania jakichkolwiek zasad ludzkiej przyzwoitości.
W rogu ulicy, po przeciwnej stronie niż urząd znajduje się luksusowy, całkiem nowy budynek banku.
Takich różnych pomniczków trawnikowych jest sporo w Pietropawłowsku. Ten nazwałam "Deszczowi zakochani".Takich różnych "pomniczków trawnikowych" jest sporo w centrum miasta. "Deszczowi zakochani"? Nie wiem, bo nikt nie podpisał. Następny fragment ulicy, znacznie węższy, ale też zadbany. Tu za chwilę rozpocznie się ciąg domów kupieckich z czasów carskich.

 Ciąg domów kupieckich z tamtych czasów.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                         

Dziś mieści się tu apteka.












Też budyneczek z czasów carskich. Dziś apteka.


"Uniwiermag" w budynku z czasów przedrewolucyjnych


Ulicę domyka nowy budynek teatru stojący  na wiodącej w poprzek ulicy Puszkina. 
Pomnika kazachskich wojowników podpisać nie potrafię.

Tuż obok znajdowało się NKWD. Miejsce kaźni tysięcy ludzi. Na terenie niesławnego budynku umieszczono pamiątkową tablicę z nazwiskami straconych.














Wygląda na to, że na prezentacji ulicy Konstytucji muszę zakończyć. Mam jeszcze sporo ciekawych miejsc do pokazania, ale to w następnym poście.

poniedziałek, 15 października 2012

Jedzie się na „Zarecznyj”, trzeba przejechać most na Iszymie i, mimo że to wciąż Pietropawłowsk, że z daleka widać kominy elektrociepłowni, jesteśmy pod urokiem charakterystycznej otwartej przestrzeni. Gdzieniegdzie trochę żółtego, ale bliżej rzeki przeważa rudy brąz - gęsty, bardziej soczysty i wilgotny. Im dalej od niej, kolory przecierają się, matowieją, stają się bure. 





W bocznym rozlewisku rzeka tworzy niewielkie jeziorka. Na wodzie pojedyncza łódka i rybak zastygły w charakterystycznej pozie. Wymarzona inspiracja dla dziewiętnastowiecznego pejzażysty poszukującego wyrazu dla licznych odcieni tego samego koloru. Po prostu pięknie. (Zdjęcia rozlewiska są niestety z następnego, już deszczowego dnia. Pozostaje Wam jedynie uwierzyć w słoneczną, wyrazistą gamę barw i widzianego wczoraj z autobusu wędkarza).

Zdjęcia zrobione z mostu na Iszymie
W soboty i niedziele poranny autobus nr 6 jest wypełniony ludźmi z wiaderkami i innymi akcesoriami. Nie trzeba pytać, wszyscy jadą "na daczę”.
Już za rzeką zjeżdża się z głównej drogi wiodącej wprost do rosyjskiej granicy, by zachwycić się cudnym ciągiem rozłożystych topoli rosnących wzdłuż zaskakująco pustej drogi poprzecznej. Żadnego samochodu. Tu zaczyna się królestwo działkowiczów. Wystarczy tylko wśród topoli odnaleźć kolejną dróżkę w poprzek, by odkryć ten słynny kazachstański raj. 
Dziś – niedziela – byłam na daczy jak przykładny mieszkaniec Pietropawłowska w charakterze nie tylko gościa, ale i pomocnika. 
Z wielką przyjemnością. Pogoda na zamówienie. Słońce i ciepło.

Wszyscy tu mają działki. To element rosyjskiej obyczajowości miasta: powszechny i oczywisty. Krótki post dedykuję zatem mamie Jasi, a także Alusi, Eli i Kasi, oraz oczywiście wszystkim znajomym, działkowiczom, o których nie wiem, że nimi są.

Wszędzie kalina
Zdaje mi się, że działki tutaj to pozostałość po okresie, kiedy trzeba się było jakoś samemu wyżywić, znaleźć sposób na przetrwanie zimy, uzdatniwszy wcześniej dla siebie kawałek opornej ziemi.
Teraz to już czysta przyjemność. Czasy się zmieniły, a ludzie wciąż jesienią jeżdżą 
„na  kartoszku”, 
Wewnętrzna dróżka, na niej nasze cienie
wcześniej obsadziwszy większość działkowej ziemi tymi właśnie sadzonkami. Hoduje się też inne warzywa, choć jakby na uboczu. Są jednak swojskie i dobrze nam znane: marchewka, pietruszka, buraki, pomidory, kapusta, cukinia i dynia, a po brzegach mięta i inne ziółka.






Po prawej stronie tylko kartoflisko, 
po lewej małe grządki na różne warzywa









Zobaczcie jakie kapuściane monstrum wyrosło na działce mojej koleżanki.
Może to nie uran – myślę sobie z nadzieją – bo pełno go tu w naturze, pod ziemią po prostu (hę?).
Kapustę będzie się kisić w wielkich beczkach. Wciąż jeszcze powstają kolejne słoiki z zaprawami. Roboty, że ho, ho.











                                                                                  
Bardzo popularna jest tu kalina, produkuje się z niej soki lecznicze dla sercowców. Wiara w zbawczą moc krzewu jest bardzo silna, toteż starannie zbiera się cały plon. Wzięłam się więc ochoczo do roboty, gdy gospodarze zakopywali kompost.



Po robocie oczywiście biesiada przy pieczonym kurczaku i wielkich naleśnikach (pierogach?) smażonych w wysokim tłuszczu. Wysokokaloryczna pycha! Triumf cholesterolu! Żegnajcie diety! Tu się po prostu je!!!




A! Jeszcze domki – altanki! Niewiele różnią się od naszych wielkością, ale mają coś charakterystycznego w sobie. "Styl pietropawłowski". Zdjęcia wyjaśnią wszystko. 





Zestaw różnych altanek
 





sobota, 13 października 2012

Z życia obyczajowego w Pietropawłowsku. Bez zbędnych komentarzy. Niejeden doktor, jak mniemam, musiał tu polec jako i ten piórem Kochanowskiego utrwalony.


Życie miasta.
Wciąż jeszcze niewiele o nim wiem, ale dziś napiszę kilka słów, bo właśnie wróciłam z jarmarku. Ustawiono go wzdłuż ulicy znanego kazachskiego poety Magżana Żumabajewa (tuż pod moimi oknami). Ulica nosi to imię od niedawna.
Pogoda na zamówienie, ciepło i słonecznie. Przez uchylone okno docierają z rosyjska brzmiące melodie. Zablokowany częściowo ruch, policjanci pilnujący porządku, tłumy ludzi, balony, girlandy, kwiaty. Mnóstwo dziewczyn i chłopaków w ludowych strojach i z instrumentami. Stanowią ozdobę poszczególnych stoisk. Niektórzy w ubiorze pomieszali elementy różnych kultur (może z przymrużeniem oka) , ale któż by się na tym poznał. Taka kazachstańska ludowość o zabawnym, tutaj swojskim obliczu. Ma być kolorowo dla odwiedzających, no i jest, w końcu to jarmark.
U wylotu ulicy scena jak na rynku w Krakowie. Spore nagłośnienie swobodnie ogarniające obszar całego jarmarku, miejscowa telewizja i tłum wiernych słuchaczy mniej zainteresowanych zakupami. Występują artyści. Jedni ubrani po „cywilnemu” (w przewadze garnitury i strojne suknie), inni w strojach ludowych.
Stragany opatrzone nazwami miasteczek i wiosek, z których przywieziono towary. Mają kształt jurt albo są prostymi stołami. Prowadzi się też handel wprost z samochodu.
Między jednym a drugiem scenicznym występem, dziewczęcy głos przez megafony namawia do kupowania i targowania się ze sprzedawcami, przekonuje, że nie ma takiego drugiego jarmarku, jak ten w Pietropawłowsku. Wiadomo!
„To nie żadne święto tylko jesienny, posezonowy targ, aby producenci mogli przed zimą sprzedać swoje produkty” - tłumaczy spotkana po drodze kobieta. Tak jest co roku.
Wewnątrz, między straganami: gwar, szum, od czasu do czasu niegroźne targowe przepychanki przy najbardziej obleganych stoiskach. Dużo ciekawych dla Europejczyka ludzkich twarzy. 

Same towary, standard: chleby, baby z ciasta, plecione w warkocze obwarzanki, twarogi i sery z przyprawami, masło, miody, mąka, gotowe zaprawy w wielkich słoikach, tureckie stoisko z Musakką , kazachskie parujące mocno szaszłyki, wielka kolejka po ryby, jeszcze większa po mięso.

Baranina i wieprzowina leżą w całości. Porcjowanie odbywa się dopiero na życzenie klienta. Szukam osławionej głowy barana. Znajduję bez trudu. Ta leży osobno. Dwaj mężczyźni przy stoisku objaśniają mi, że to specjał dla gościa. To akurat wiedziałam już w Polsce. Ten, którego chce się uhonorować, dostaje najpierw baranie oko, które powinien zjeść z wdzięcznością i uśmiechem na twarzy, by nie urazić częstujących gospodarzy. Na moje pytanie: „Czy to aż takie smaczne?”, odpowiada, spoglądając na mnie przyjaźnie, ale z pewnym politowaniem sprzedawca: „Nie chodzi o to, że smaczne, tylko, że dla uhonorowania gościa”.
Odchodzę zbita z tropu, bo dalej nie wiem: Smaczne, według miejscowych czy nie.


Kilka stoisk dalej wdaję się w rozmowę z bardzo serdeczną, cały czas uśmiechniętą kobietą sprzedającą kożuchy i produkty z wełny. Robi mi szczegółowy wykład o swoich leczniczych skarpetach, pokazuje ich dwuwarstwowość, ale mówi tak szybko i niewyraźnie, że połowy nie rozumiem, w każdym razie nie potrafię wam objaśnić, co leczą oprócz reumatyzmu – jedynie w tej sprawie się dogadałyśmy bez wątpliwości. Chętnie pozuje dla mnie do zdjęcia, ubrana w jeden ze swoich kożuchowych kubraków, choć nic u niej nie kupuję, bo jestem, jak powszechnie wiadomo, do zimy przygotowana.


Przez chwilę rozmawiam ze statecznie wyglądającym, dostojnym Kazachem, ciekawi go Kraków, chcę pstryknąć reporterskie zdjęcie, ale od razu ustawia się elegancko, poprawiając marynarkę. Wszyscy zresztą, których prosiłam o możliwość zrobienia zdjęcia od razu przyjmowali „odpowiednie pozy”.
Kończąc swój spacer po jarmarku, zaglądam na stoiska z zabawkami, licząc, że dla Krysi wypatrzę coś oryginalnego, na przykład kazachską drewnianą ręczną robotę. Niestety, tylko plastikowa tandeta jak i u nas oraz podobnego charakteru „biżuteria” .

Do sceny nie mogę podejść, ale udaje mi się sfotografować dziewczyny z zespołu, które z niej  zeszły  i wsiadają do autobusu. Bardzo miłe przedpołudnie. Teraz ruszam do pracy. Kursanci czekają.



poniedziałek, 8 października 2012

Jestem tu na zaproszenie Centrum Kultury „Kopernik” (wyjaśniam, bo takie pytanie pojawiło się w listach), wysłana przez działającą na obu półkulach polską organizację ORPEG. Wciąż potrzeba do pracy na Wschodzie nauczycieli języka polskiego.
W „Koperniku” pracują, a w zasadzie działają społecznie wykształceni i pełni inicjatywy ludzie idei. Są, jak wszyscy wokół Polacy, potomkami zesłańców. Działają oficjalnie zarejestrowani od 1996 roku. Zorganizowali się i pociągnęli za sobą innych. Walentyna Korniewa, autorka wspominanej już przeze mnie książeczki o działalności „Kopernika” pisze w niej, że „Potrzeba założenia stowarzyszenia odczuwana była od dawna, lecz strach (który pozostał po czasach represji stalinowskich) i ograniczona możliwość działania polskiej diaspory przez lata hamowały proces rejestracji”.
Autorka używa znaczącego określenia diaspora. Polakom rozproszonym między innymi narodami, brakowało zrzeszenia, które umożliwiałoby spotkania wspólnoty, przywróciło prawo do mówienia o przeszłości, zadbało o wydobycie z niepamięci i szersze zaprezentowanie polskich tradycji i obyczajów, pomogło nawiązać kontakty z krajem, przywróciło rangę językowi ojczystemu, tak, by każdy, kto chce, mógł do niego wrócić. Polacy z Kazachstanu bardzo tego potrzebowali i potrzebują nadal, choć każdy w inny sposób i z innych pobudek. 
Do stowarzyszenia może należeć każdy człowiek zainteresowany językiem i kulturą polską bez względu na narodowość. Stąd w działalności „Kopernika”organizowane cyklicznie polskie uroczystości, przywoływanie dawnych obrzędów i tradycji, promowanie twórczości amatorskiej młodzieży i dorosłych (śpiew, taniec), liczne wystawy, współpraca z miejscowym Muzeum Sztuki, organizowanie dla dzieci kolonii w Polsce i wreszcie kursy językowe dla chętnych, w tym dla członków stowarzyszenia.
Działalność bardzo dynamiczna, prowadzona ze świadomością konieczności poszerzenia oferty także w dziadzinie wiedzy o współczesnej kulturze polskiej i systemie oświatowym.
Przyjeżdżający tu nauczyciel języka polskiego ma wyjść naprzeciw oczekiwaniom środowiska. Specjalny rodzaj zajęć prowadzi się dla dojrzalszych wiekiem kursantów, którzy chętnie śpiewają polskie pieśni narodowe, słuchają opowieści o ojczyźnie, chcą uruchomić w sobie zapomnianą mowę, przywołać w rozmowach dawny obyczaj, opowiedzieć o swoich przeżyciach i troskach, a także o zapomnieniu, którego doświadczyli ze strony ojczyzny (kwestia przyczyn to zupełnie inna sprawa). Niektórzy w dzieciństwie mówili po polsku, ale potem język gasł w nich stopniowo; żyli w rosyjskojęzycznym otoczeniu, poddani represjom, narażeni na wykluczenie zawodowe i w ogóle ekonomiczne, ich życiu towarzyszył ciągły strach.
Inne potrzeby ma młodzież polskiego pochodzenia, o czym pisałam wcześniej. Oczekują i potrzebują wiedzy o dzisiejszej Polsce, chcą nauczyć się współczesnej polszczyzny. (W mowie ich dziadków zachowały się jak w bursztynie frazy nieobecne już w naszym języku (ciekawy obszar obserwacji, choć nie tak istotny w kontekście ludzkich przeżyć).
Słucham tu wielu relacji, czasem w niespodziewanych zupełnie sytuacjach. Postaram się z czasem, choć ta deklaracja nie jest łatwa, stopniowo uporządkować niektóre notatki i je przytoczyć.
Wciąż mamy dług wobec żyjących tu Polaków; wszystko, co w tej dziedzinie dokonało się, to mało. Przestaliśmy – jako społeczeństwo - rozumieć rodzaj  przeżyć, które noszą w sobie ludzie wyrwani z kraju siłą przed dziesiątkami lat, łatwo nam tkwić w zapomnieniu, bo chroni nas odległość 4 500 kilometrów.
Zgodnie z obietnicą, kilka informacji wynotowanych ze źródeł zgromadzonych w „Koperniku”, z oczywistą adnotacją, że temat „Polacy w Kazachstanie” jest przedmiotem dociekań historyków. Każdy z łatwością sięgnie do publikowanych na ten temat materiałów. I tym bardziej nie powinnam się mądrzyć. Pewne wiadomości umieszczam dla porządku dla tych z Was, którzy o to pytają.
Pierwszymi zesłanymi do Kazachstanu byli wzięci do niewoli konfederaci barscy. Czas zaborów przyniósł kolejne zsyłki (powstania narodowe).
Sowiecki spis ludności z 1926 roku wykazał 4 tys. ludności polskiego pochodzenia (wiadomo, że tę liczbę trzeba potraktować z odpowiednią rozwagą).
W latach 1936-37 liczba zwiększyła się kilkunastokrotnie (polityka Stalina). Masowo zwożono wówczas do Kazachstanu ludność polską z Zachodniej Ukrainy, właśnie na tereny północno-wschodniego i środkowego Kazachstanu (w internecie dużo tekstów  m.in. o likwidacji Marchlewszczyzny). Na południe trafiło znacznie mniej Polaków.
Kolejni Polacy znaleźli się w Kazachstanie po 17 września 1939 (lata 1940/41, ok 200 tysięcy osób z kresów wschodnich). Tej ostatniej grupie udało się najliczniej opuścić Kazachstan. Część przyłączyła się do armii Andersa, część powróciła do kraju w wyniku repatriacji (lata 1945-49 i 1957-59). Zgodnie z radzieckimi przepisami podjąć starania o powrót do kraju mogły osoby, które były obywatelami Polski przed 17 września 1939 roku, a jeszcze trzeba było posiadać na to odpowiednie dokumenty. Kto ich nie miał, tracił szansę na szczęśliwy powrót (Kamieniec Podolski od 1920 roku na terenie radzieckiej Ukrainy, Żytomierz w wyniku pokoju ryskiego od 1921).
Zatem dziesiątki tysięcy Polaków w Kazachstanie, którzy musieli tu pozostać to przede wszystkim wywiezieni z Polski w latach trzydziestych. To z nimi i z ich potomkami spotykam się tutaj najczęściej.
Z Kamieńca Podolskiego została deportowana jako czteroletnie dziecko mama jednej z moich tutejszych koleżanek wraz ze swoimi rodzicami. Mieszkała w toczce, czyli osadzie zbudowanej od podstaw przez ludzi zesłanych w bezmierny step. Od najmłodszych lat ciężko pracowała w kołchozie. Z toczki nie wolno było się ruszyć. Ludzie pod ścisłym nadzorem NKWD byli tu jak niewolnicy (Toczka, czyli punkt, na początku osady numerowano, nie miały nazw, duże ułatwienie dla NKWD.)
Z Żytomierza pochodzi rodzina pomysłodawcy idei stowarzyszenia w Pietropawłowsku, w którym pracuję. Gdy jako dziecko pytał swojego ojca, czemu są tak daleko od Polski, skoro to ojczyzna, ojciec, próbując chronić dziecko przez wiedzą grożącą całej rodzinie represjami, mówił, że osiedli w Kazachstanie, bo wokół jest tyle ziemi do zagospodarowania i można na niej pracować. Mama innej mojej znajomej (Rosjanki niezwiązanej ze środowiskiem Polaków) nie wie, kim jest. Przywieziona mniej więcej w tym samym czasie (rok1936/37) jako maleńkie dziecko, trafiła do sierocińca, bo po drodze zginęli rodzice (w ogóle nie  pamięta okoliczności). Może jest Polką, a może Białorusinką, tylko w przybliżeniu zna swój wiek. Teraz, jako osoba sędziwa, cały czas wraca do przeszłości. Pytania o pochodzenie, o rodziców, o miejsca wracają do niej, jak nigdy przedtem, to znam z relacji córek. Nasze spotkanie porusza straszą panią, mówi do mnie po rosyjsku:
To wy z Polski? Kazali wam tu przyjechać, czy sami przyjechaliście? Wy z Polski, może to jakiś znak dla mnie. Będę miała dziś znowu o czym myśleć”.
To dojmujące myślenie o przeszłości jest najważniejszym znakiem zesłańczego losu.

Od 1992 roku trwa proces repatriacji, wciąż w tym zakresie wiele jest do zrobienia.


sobota, 6 października 2012


Jest szósta rano, piątek. Cóż...Tak mam, tak się budzę. Zimno. Sprawdzam kaloryfery. Niewzruszone moim losem, są wciąż bezczelnie lodowate. Mam jednak szlafrok z owczej wełny, który ratuje mi życie. Kiedyś weszłam w jego posiadanie trochę przypadkowo. Teraz wiem, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Czy słyszeliście już kiedyś wiatr w komputerze? Więc powiadam Wam! Słyszę wiatr w komputerze! Czy to już buran? Tego nie wiem...
Dziś trzy krótkie fragmenciki z wczorajszego dnia według kolejności zdarzeń.
Obrazek I  - Rano
Jest godzina 8 45. Wychodzę z domu do Centrum w jesiennych półbutach, w płaszczu i z parasolem, bo pada deszcz, nie jest specjalnie zimno. Myślę sobie nawet, że plucha jak w Polsce.
Na zajęcia przychodzi zapisać się dwoje nowych kursantów. Studenci koledżu, kierunki typowo zawodowe. Ona uśmiecha się, ale niewiele mówi. On przeciwnie, szybko nawiązujemy rozmowę... Po rosyjsku. Polskiego nie umie (po chwili okazuje się to nieprawdą), więc próbuję zmienić język porozumienia. Bardzo lubi muzykę(czarna kurtka, napisy na koszulce, odważne, przyjazne spojrzenie). Komponuje, pisze teksty, śpiewa, gra na gitarze. Przedstawia dowód w postaci nagrania z telefonu komórkowego. Słyszę śpiewany po rosyjsku własny tekst wykonawcy. Głos piękny, czysty. Bard z gitarą. Jak Wysocki...Maleńczuk...(próbuję zobrazować, co usłyszałam). Rozmawiamy trochę o jego twórczości muzycznej. Narzeka, że gitara nie ta, sprzętu nie ma, a w ogóle to piosenek polskich nie lubi. Zastanawiam się przez chwilę, jaka przydałaby się płyta, żeby polubił (wiem, wiem, wcale nie musi). Ustalamy, z którą grupą będzie chodził na lekcje. Pyta, czy wybieram się na wieczorny koncert. Jestem przekonana, że zaśpiewa na nim swój własny utwór znany mi z nagrania w telefonie.
Obrazek II - Wczesne popołudnie
Wracam do domu. Z niemałym zdziwieniem stwierdzam, że trawniki są białe. Razem ze śniegiem spada także temperatura. Dla miejscowych o tej porze roku drobiazg, takie wstępne, niewinne -1. Mnie zima zaskakuje zupełnie, choć słucham o niej od momentu, gdy zdecydowałam się wyjechać do Pietropawłowska. Biegnę więc, kłapiąc zębami, do komisu, by zaopatrzyć się w kożuch (takie zakupy miały nastąpić znacznie później).
Spory ruch, panie przymierzają i negocjują. Futra w różnych cenach i różne gatunkowo. Trwają przygotowania do zimy. Królują futra z norek: czarne, brązowe, białe. Wykorzystuję więc okazję, by raz w życiu trochę poprzymierzać. Towarzyszy mi koleżanka, która sprawę odpowiedniego ubrania dla mnie traktuje bardzo poważnie. Nie wie, dlaczego chichoczę, ale w końcu chichoczemy razem. Decyduję się na futro z naturalnej baraniej skóry i oryginalną, prawdziwie zabawną czapkę. Czy stać mnie na autoironię, jeszcze nie wiem. Pisząc, cały czas rozważam, czy podłączyć, ku Waszej uciesze, zdjęcie „Damy z Pietropawłowska”.
Obrazek III - Wieczorem
Wspomniany wyżej koncert to wielonarodowa uroczystość z okazji Dnia Osób Starszych. Święto ustanowione przez ONZ w 1990 upowszechniło się w Kazachstanie. Na scenie przedstawiciele wszystkich kultur: dzieci, młodzież, dorośli. Kolorowe, bardzo różne kostiumy: kazachskie, tureckie, ormiańskie itp.
Dziewczynki w tradycyjnych strojach Kazachstanu
Zachwycam się śpiewanym na głosy, mistrzowskim występem dużego kozackiego chóru. Na prawdę coś wyjątkowego.
Seniorzy pełni energii. Rzewna, a jednocześnie rytmiczna melodia, taka „z rosyjską duszą”, wykonywana przez jednego z artystów o operetkowym głosie, prowokuje zupełnie nieprawdopodobną akcję. Sędziwi widzowie w sporej grupie wyskakują na środek między dwiema częściami widowni i tańczą. Panie w przewadze. Wirują przed moimi oczami kolorowe chuściny w kwiaty, moherowe berety albo gołe głowy i jeden niezwykle widowiskowy złoty kapelusz z cekinami, trochę jak turban. Do zabawy dołączają też, mieszając się z tłumem, Tatarki w swoich  zielonych strojach. Już je widziałam w akcji artystycznej kilka dni temu. Kobiety pełne werwy. Nie mogę się nadziwić temu spontanicznemu zrywowi, który trwa sporą chwilę poza wszelkim, ustalonym zapewne wcześniej, scenariuszem. Co fantastycznego!
Koleżanka komentuje: „Nu da, naszi babuszki lubiat tancewat”.
W środku koncertu niespodzianka. Na scenie pojawia się „mój” rockendrolowiec, bynajmniej nie ze swoim utworem z telefonu.
W krakowskim stroju i w czapce z pawim piórem, nieco przekrzywionej, śpiewa dla gości „Kwiaty we włosach”... Jest jednym z filarów tutejszego polskiego zespołu.


PS. W niedzielę poprawiła się pogoda, wyszło słoneczko, zdjęcia w futrze nie umieszczam, póki co.

środa, 3 października 2012

Zamilkłam trochę, bo działania organizacyjne wytrąciły mi pióro z ręki. Muszę godzić ze sobą bardzo różne aktywności.

Uniwersytet w Pietropawłowsku
Miałam wczoraj dzień pełen mobilizujących przeżyć. Rozpoczęły się zajęcia z kursantami – studentami. Tutaj uczą się w koledżu, kończą go, mając dwadzieścia jeden lat. Kierunki zróżnicowane, choćby prawo, design i administracja państwowa. Nieduża grupa, wielka przyjemność. Są zmotywowani do pracy, doskonale wiedzą, czego chcą i nie zamierzają tracić ani minuty. „Rzucili się” do współpracy ze mną z takim zapałem, jakiego nie widziałam jeszcze nigdy, choć tak długo pracuję z młodzieżą. Rzeczowo ustalaliśmy godziny: rozpiska całotygodniowa bez dwóch dni, w tym niektóre spotkania indywidualne. Podczas pierwszych zajęć pełne skupienie, samodzielne odnotowywanie błędów, pytania, potrzeba powtarzania. Z jednej godziny, zrobiły się dwie, nie wiem kiedy.
Dziś pracowałam z młodym człowiekiem (polskie imię i piękne polskie nazwisko), który, być może, wybierze politologię (rozważa różne możliwości). Chciał poćwiczyć z „żywym” polskim tekstem. Dostał do głośnego czytania i tłumaczenia podręcznik licealny, którego współautorką jest moja przyjaciółka (Pozdrawiam Cię, Ewuniu). Fragment dotyczył w najogólniejszym sensie roli i znaczenia polskiej szlachty i nie był wcale łatwy dla dwudziestolatka, uczącego się języka dopiero od stycznia (!). Przetłumaczył, wypytał o wszystkie niezrozumiałe słowa i na koniec wyraził zadowolenie, że nauczył się tylu nowych wyrazów. Podręcznik zabrał do domu, żeby go postudiować samodzielnie. 
Uniwersytet w Pietropawłowsku
Taki narybek z Pietropawłowska szykuje się naszym uczelniom !!! Drżyjcie polscy studenci!
Młodzież polskiego pochodzenia objęta jest tutaj specjalnym programem stypendialnym Fundacji Semper Polonia współpracującej ściśle z Ambasadą i Konsulatem Generalnym RP. Przyszli studenci muszą poznać język polski, historię ojczyzny swoich pradziadków, zorientować się w polskiej współczesności i w czerwcu zdać w Astanie wieloskładnikowy egzamin z tego zakresu. Jego pozytywny wynik jest wstępem do europejskiej (polskiej!) przygody. Młodzi ludzie, których ja poznałam, rozpoczną ją na pewno, bo któż inny miałby to zrobić...
To oni będą czytać polskie książki, które nadejdą pocztą, wysłane w serdecznym odruchu przez wielu przyjaciół.
Zauważyłam też, że wśród Polaków skupionych wokół Centrum „Kopernik” dużo dyskutuje się o tych uczniach i studentach, którzy dotąd nie identyfikowali się z polską wspólnotą, a teraz próbują odnaleźć pochodzenie, by móc studiować w Europie. Podskórnie wyczuwam sporo animozji. Jest to zapewne ciąg skomplikowanych problemów społecznych tego szczególnego środowiska.
Wiem, że w niektórych przypadkach świadomość o polskich korzeniach zatarła się - jak mniemam - naturalnie, zważywszy na mieszane związki małżeńskie. Na przykład dziadek Rosjanin, babcia Polka, ich córka wychodzi za mąż za miejscowego Niemca. Kim jest syn, który rodzi się z tego związku, jak to ocenić? (to oczywiście nie są moje dylematy). Na pewno też przez lata trudnej historii niektórzy z mieszkających tu Polaków zdecydowali się kiedyś zostawić przeszłość za sobą, by móc „normalnie żyć”.
Komu zatem najbardziej należy się to studiowanie w Polsce? Dzieciom tych, co latami trwali przy wspólnocie, czy wszystkim, którzy odnajdą w przeszłości jakiś ślad polskiej krwi? Oto miejscowy problem, roztrząsany z niemałą dozą emocji.
Pomyślałam w pewnym momencie, że poszukiwanie dokumentów w takich okolicznościach (co tu dużo mówić, dla indeksu) rzeczywiście ma w sobie coś z nieznośnego pragmatyzmu. Ale kiedy w końcu te dokumenty i inne dowody polskiego pochodzenia się znajdą... Czy to nie będzie pierwszy krok do przywrócenia pamięci? Czy to źle... Niech przyjeżdżają do Polski zdolni, mądrzy, inicjatywni. Tu stopniowo odkryją, historie swoich rodzin...
Zakończę drobną, zabawną opowiastką, bo pozostaje na obrzeżach tematu.
Ponieważ mówię z obcym akcentem, wielu mnie przyjaźnie zagaduje, pytając, skąd jestem. Kilka dni temu weszłam na obiad do samoobsługowego baru sałatkowego. W szatni dziewczyna o ciemnych włosach i wyraźnie skośnych oczach. Na wieść, że jestem z Polski, wyciąga spod bluzki krzyżyk i opowiada, że dostała go od ojca Andrzeja (tutejszy proboszcz katolickiej parafii) i że jakiś czas temu uczęszczała na spotkania w parafii. „Jeszcze nie jestem ochrzczona, bo mam w zasadzie niemieckie pochodzenie” - powiada.