poniedziałek, 5 listopada 2012



 Odkryłam jeszcze jeden cmentarz, jak na tutejsze warunki, można powiedzieć, że w mieście. Trzy przystanki poza centrum. Opuszczony, zapomniany. Groby z lat wojny i z lat sześćdziesiątych.  Przeważają żeliwne, zardzewiałe pomniki. Podobno rozwijający się tu kiedyś przemysł czynił metalowe odpady dość tanim materiałem. Dziś to raj dla okolicznych złodziejaszków. Co drugi grób pozbawiony jest metalowej tabliczki z napisem. W niektórych miejscach wyszarpano żeliwne pomniki "z korzeniami".



 Nie udało mi się przejść wzdłuż i wszerz, zdjęcia są tylko namiastką olbrzymiego terenu.













 



 Cmentarz jest ogrodzony, zapomniany, trudno znaleźć wejście. Są groby prawosławne i groby z czerwoną gwiazdą.









Znalazłam też jeden polski grób. Przynajmniej nazwisko i katolicki krzyż na to wskazują. Nazwisko Żdanowicz.


Patrzę na te zdjęcia  z niedowierzaniem. Śnieg, przez który brnęłam dzisiaj dodał miejscu swoistego uroku. Wierzcie mi jednak, że jest przygnębiające, opuszczone i zapomniane. Na większości grobów widnieje podobizna  zmarłego, jak wołanie... Jak skarga...

czwartek, 1 listopada 2012


Moment podejście grupy z busa do polskiej części cmentarza
 Dziś Wszystkich Świętych,  u nas.
W Kazachstanie to zwykły dzień pracy. W polskim kościele msza poranna. Bierze w niej udział około 30 osób - emeryci. Pozostali wszyscy są w pracy. Potem wspólna podróż na cmentarz. Ksiądz podjeżdża busem, zabiera ze sobą osoby najbardziej sędziwe, niemające własnego środka lokomocji. Cmentarz jest w stepie. Jak na tutejsze warunki, blisko, ale na tyle daleko, że tym razem nie wybieram się piechotą. Jadę ze znajomą, moją kursantką, wiezie nas jej syn.Kilka lat temu wydzielono na potężnym terenie fragment cmentarza dla katolików, chodziło między innymi o możliwość wspólnej modlitwy. Celebrowania  Wszystkich Świętych.


















Stoimy nad grobami, czekamy na tych, którzy jadą autobusem. Jest zimno
(- 7). Nie ma zniczy, choć moja znajoma przywiozła sobie jeden z Polski i stawia pojedynczy na grobie. Nie ma też świec, bo wiatr zaraz by je zgasił. Surowość,cisza, skupienie. Groby biedne, skromne, znać, że niektóre, jak kiedyś domy, uformowane własnymi rękami: murek wokół mogiły, żeliwo, goła ziemia. Są też kamienne, betonowe pomniki na zamówienie. Wspólna modlitwa, poświęcenie grobów. Powrót do miasta. W dużym kościele będzie wieczorem msza o 19 00.













 

 
Wystarczy odwrócić się, by zobaczyć bezbrzeżny step.














Jedziemy już w wąskim gronie na drugi cmentarz, prawosławny, też w stepie, po drugiej stronie miasta. Tu również niektórzy mają swoich bliskich. Rzucają się w oczy sztuczne kolorowe wieńce w nietypowym kształcie. Nie ma nikogo, prawosławni obchodzą Dzień Rodziców, to z wiosną, wtedy też  odwiedzają groby.






Sztuczne kwiaty i wieńce w kształcie łzy (to moja obserwacja, nie wiem, czy ten kształt ma charakter symboliczny).
















Mąż jednej z moich znajomych był prawosławny. Ona jest katoliczką , przychodzi do Centrum na lekcje polskiego. Znam wiele mieszanych małżeństw.








Ten czarny pomnik, to grób nauczyciela, zwrócono mi nań uwagę z pełną atencją, więc podpisuję, zapewne ku uciesze przyjaciół ironistów...




















A to pomnik z części dla bogatych (komentarz moich tutejszych znajomych). Zresztą w tle widać, że to trochę inny cmentarz.



Tu też, odwróciwszy się, zobaczyłam step. Zaśmiecony niestety, bo na cmentarz przychodzą ludzie
z butelkami wody, jakoś trzeba się ich pozbyć. Widać, że problemy ze śmiecącymi miewają podobne do naszych. Przyszło mi też do głowy, że mogę być niesprawiedliwa, zrzucając na ludzi winy wiatru. Potężny buran uniesie wszystko, więc pewnie porywa też puste butelki ukryte przy grobach...

niedziela, 28 października 2012

Mój "urobek" po rannym spacerze: wklejam jeszcze kilka ginących chatek.
Wdałam się w rozmowę z panem, który stał w pobliżu. Domek budował jego dziadek we wczesnych latach pięćdziesiątych. Pietropawłowsk potrzebował rąk do pracy. Przyjeżdżali gdzieś ze stepów z odpowiednim pozwoleniem i stawiali domki, jak umieli. Przy mieście było o wiele lepiej żyć.  Dziś wnuki wznoszą na tym terenie ceglane budowle, ale niektórzy zachowują  stare chatki na pamiątkę.
                              

Aby tu dojść, trzeba czasem brnąć przez błoto. Zdjęcie pokazuje taką błotnistą drogę.
Sędziwi, zmęczeni ludzie wciąż jeszcze mieszkają tu w bardzo trudnych warunkach. Widziałam, jak człowiek wylewał wodę z wiadra przed domem. A zatem nie wszędzie dodarła kanalizacja. Dróżek w poprzek asfaltu jest sporo, trzeba by mieć solidne walonki.































 
A to śliczne co? Urokliwy fragmencik domku w opłakanym stanie.






sobota, 27 października 2012


Wczoraj spędziłam trochę czasu ze znajomą, mocno już dojrzałą Rosjanką, która wychowała się w Pietropawłowsku. Zaprosiła mnie na kumys!!! Jako przykładny globtroter (nie wiem, czy nie przeceniam się w tym momencie zbytnio), choć z wewnętrznymi oporami, to  udałam się jednak spolegliwie do baru na tutejszym targu. W głowie kołatały mi różne myśli o ewentualnych skutkach tego odważnego przedsięwzięcia. Skutków jednak nie było!!! Na szczęście.
Kumys jest biały, może raczej białawy, kwaśny, cierpki, jakby pikantny, dość zimny, trudno akceptowalny w pierwszym momencie i... bardzo dobry na... suchoty. Ten ostatni argument przekonał mnie ostatecznie, wszak jakiś rodzaj odporności jest mi niezbędny w tym dalekim, zimnym kraju.  Podobno już teraz moje płuca są pod ochroną.. No, może jeszcze przydałoby się kilka  aplikacji.
W barku targowym kumys piło się z kokilek, wypełnionych po brzegi. Nie miał zbyt wielu procentów, bo procenty narastają z "wiekiem" napoju, a to był ponoć "młody" kumys. Wypiłam szybko, aby mieć z głowy. No cóż...

Porozmawiałyśmy sobie o społeczności Pietropawłowska. Podobno tu mieszkają tylko zesłani i przysłani. Ci pierwsi  - wiadomo, między innymi Polacy. Ci drudzy, przybywali na uprzywilejowanych zasadach. Dla nich wznosiło się bloki w centrum. Jeńcy niemieccy budowali na przykład charakterystyczne "dwuetażnyje". Sfotografuję je przy okazji. Przysłani dostawali odpowiednie uposażenie  i etatową pracę. W ten sposób pomnażała się ilość specjalistów w różnych dziedzinach.
Te urocze domki na przedmieściach, które wzbudziły moją i Waszą sympatię, budowali na ogół Ci pierwsi, jeśli udało im się wyrwać z "toczek" i przenieść bliżej rozbudowującego się miasta. Stawiali domki, jak umieli - sami. Moja znajoma nie potrafiła mi podać wieku tych drewnianych osiedli.  Mówiła coś o blisko stu latach. W najbliższym czasie, może jutro, zagadam do gospodarzy, by to ustalić. Na zdjęciach pokazuję Wam stary, carski jeszcze młyn. Kompletnie zrujnowany.  Wokół niego ustawiono targ, na którym byłyśmy. Z żadnej strony nie można budynku sfotografować w całości. Wszędzie blaszaki albo inne budy. 
Targ jak to targ, miejscami całkiem swojsko.
I jeszcze domek w drodze powrotnej z targu.

środa, 24 października 2012

Dziś też nie będę dużo pisać. Przedstawię trochę Pietropawłowska dalej od centrum. Wszędzie doszłam piechotą, żadna wielka odległość. Można wyobrazić sobie, jak miasto wyglądało kiedyś.
Drewniane, malowane domki. Pewnie żyje się w nich ciężko. Trudno je ocieplić, niektóre nie mają kanalizacji. Teren wokół bywa zaniedbany, gdzieniegdzie płoty z obskurnych materiałów, sporo blachy i plastiku.










Daleka więc jestem od klimatów: "Wsi spokojna, wsi wesoła". Urok jednak jest niewątpliwy. Wyobrażacie sobie, jak wyglądałby taki fragment miasteczka odpowiednio doinwestowany.


Tu widać opisywane już pietropawłowskie kałuże, asfalt nie pozwala wodzie odpłynąć, a już tym bardziej wsiąknąć.







 A to zimny i wyjątkowo odpychający mur dzielący w połowie przedstawiany ciąg domków. Za nim znajdują się rezydencje bogatych. Jak widać wystają tylko czubki domów z wieżyczkami.













Ten domek zostało ocieplony płytą paździerzową.
Ten jest mój ulubiony  -dwa okienka i to pochylone drzewo...
I ten ma swój urok...







Ten trochę z innej bajki, ale w tym samym ciągu budynków przy ulicy Żambyła.



poniedziałek, 22 października 2012

 
A teraz jeszcze taki minipost à propos poprzedniej opowieści. Weszłam do kazachskiego sklepu strojów ślubnych i jak widać w tle drugiego zdjęcia, także strojów narodowych.
Pomyślałam sobie, że pokażę Wam dwie fotki w luźnym nawiązaniu do losów opisanej narzeczonej. Charakterystyczne nakrycia głowy - nieodzowny element tradycji - na manekinach zwisają w tak zabawny sposób, że nie mogę odmówić sobie i Wam  tej odrobiny radości.












Drogie potencjalne narzeczone! Wybierajcie!

niedziela, 21 października 2012

Pierwsze zdjęcie, jeszcze nie całkiem opadły liście
Ostatnio zajmuje moją głowę niezwykła historyjka, legenda tylko po części dająca się potwierdzić.
Sfotografowałam mocno zniszczony, a właściwie sukcesywnie niszczejący obiekt, bez szyb w niektórych oknach, opatulony gdzieniegdzie chroniącą go przed deszczem folią (przyjrzyjcie się uważnie górnemu lewemu oknu).
Jest magazynem miejscowej agencji reklamowej. Znajduje się bardzo blisko miejsca, w którym mieszkam, a zatem w samym centrum Pietropawłowska.
W wielu zakątkach oczywiście jeszcze nie byłam, ale w tej chwili wydaje mi się jedyny w swoim rodzaju.
Front budynku, kilka dni później
Nie od razu opowiedziano mi jego historię, choć kilku osobom pokazywałam zdjęcia niszczejącej budowli, wyrażając zdziwienie, że tak się właśnie dzieje. Dopiero jedna z moich kursantek przekazała mi romantyczną historię. Resztę doczytałam na rosyjskich stronach internetowych. Podobno plan restauracji istnieje, tylko funduszy brak. Posłuchajcie zatem:



Oto mieszkał sobie w Pietropawłowsku kupiec tatarskiego pochodzenia o nazwisku Jangurazow.
Smaku całej opowieści dodaje objaśnienie od razu na początku znaczenia nazwiska
(posłużyłam się rosyjskimi stronami internetowymi). Zakończenie "ow" (jak Iwanow), to tylko znak rosyjskich wpływów. Jeśli nazwisko zapisać "Yangurazow" widać w nim źródło tureckie "yang" i preskie "uraz". Oznaczają razem "nowe szczęście" albo frazę "szczęściem rozpoczyna się nowe życie". 
Jak to było z "nowym szczęściem" Jangurazowa?
bok domu
Otóż kupiec wiele podróżował ze swoimi towarami. i pewnym momencie znalazł się 
w Moskwie. Tu spotkał miejscową pannę przecudnej urody. Oczywiście zakochał się bez pamięci i niemal natychmiast poprosił o rękę. Panna postawiła przed nim zadanie z pozoru niemożliwe: „Postaw mi dom taki, jaki mam tutaj w Moskwie, to wyjdę za ciebie”. 
Krokodyl dla Papkina okazał się nieosiągalny, ale... Jangurazow wrócił do Pietropawłowska i postawił dom na wzór moskiewski. Panna wzruszona jego determinacją, poświęceniem, gotowością do największych starań pokochała go całym sercem i wyszła za niego za mąż. 
XIX wiek: Tatar i panna z Moskwy! Wielka rzecz wbrew obyczajowi i różnym społecznym stereotypom, silnym tutaj jeszcze do dzisiaj. 
Mimo przeciwności żyli więc w Pietropawłowsku szczęśliwie, aż do momentu, gdy Jangurazow ciężko zachorował i osierociwszy córeczkę i syna, zmarł ku rozpaczy żony.
Ile prawdy w tej historii?
Wiadomo jedynie, że szlachta moskiewska już w osiemnastym wieku budowała domy z drewna, których fasadę tworzono następnie z kamienia. Ponoć taką techniką zbudowany został „dom niewiesty” (dom narzeczonej), jak nazywa się w Pietropawłowsku opisywaną budowlę.
To jednak jeszcze nie koniec opowieści o Jangurazowie.
Czy to kontynuacja zawiłości losów tej samej rodziny? Kolejna niewiadoma. Tym razem jednak opowieść pochodzi z gazety omskiej Irtysz z1906 roku, więc relację z wydarzeń można uznać za wiarygodną. Opisano wypadki, które wstrząsnęły całą muzułmańską społecznością Pietropawłowska. Nocą 5/6 października tegoż roku zamordowana została z zimną krwią bogata kupcowa Jangurazowa razem z córką. Kobiety znajdowały się w pokoju, gdzie pije się herbatę. W pewnym momencie do środka wdarł się złoczyńca z nożem i dokonał straszliwego mordu. Ujść z życiem udało się synowi, który wydostał się schodami dla służby. Zamordowano także służbę, która w tym czasie znajdowała się w budynku, ponieważ napastnik nie był sam. Dom został splądrowany. Złodzieje ukradli także szkatułę z dokumentami potwierdzającymi majętność i kupieckie interesy Jangurazowych.
Wydarzenie wywołało wielkie wzburzenie środowiska pietropawłowskich muzułmanów. Wystosowali petycję do władz, w których uskarżali się na opieszałe działania policji, umieścili w niej także listę 35 złodziei i bandytów, którzy powinni być usunięci z miasta. Sprawą osobiście zajął się akmoliński gubernator, by nie dopuścić do groźnych w skutkach zamieszek.
Synowi zamordowanej najwyraźniej sprzyjało szczęście. Uszedł z życiem. Do rewolucji należało do niego jedno z najznaczniejszych przedsiębiorstw kupieckich w Pietropawłowsku.
Podobno, gdy rozpoczęła się rewolucja, sprzedał swoją majętność i wyjechał do Taszkientu. Tam dożył głębokiej starości.
W zakończeniu dopiszę jeszcze, że zdjęcie „domu narzeczonej” znalazłam także w miejscowym Muzeum Krajobrazu. Tam podpisano jedynie, że właściciel domu 
Jangurazow zatrudniał włoskiego architekta. Panie w muzeum znały legendę, ale nie umieszczono jej w gablocie obok zdjęcia domu. Czy on rzeczywiście pod spodem jest drewniany, nie wiem.



To budynek agencji reklamowej, zaraz za nim stoi "dom narzeczonej". Właściciele starą ceglaną fasadę budynku,  w którym  mają swoje biuro pokryli bilbordem udającym cegłę. No cóż. Najwyraźniej tak im się bardziej podoba...
To zdjęcie przedstawiające fragment szlacheckiego domu moskiewskiego budowanego wspomnianą techniką  pochodzi z rosyjskiej strony internetowej, chyba trochę przypomina "dom narzeczonej"...
             http://www.apartment.ru/Article/4873819.html

    Podaję adres rosyjskiej strony internetowej, na której znalazłam opis techniki budowy domów moskiewskiej szlachty i kilka jeszcze ciekawych zdjęć. http://moscowwalks.ru/2011/11/23/deshevo-no-bogato/